PRL WIECZNIE ŻYWY?

„Mój znajomy, urzędnik służby dyplomatycznej, opowiadał mi następującą historię, którą przytoczę tutaj bez zmian i niepotrzebnych komentarzy”. Przeczytaj na głos poniższy tekst. Dowiesz się o tym, jakie inwektywy w czasach PRL-u były najbardziej obraźliwe i jak zajmowane stanowisko określało miejsce w społeczeństwie.

Czytanie na głos to doskonały sposób na świadomość swojego brzmienia i obserwację tonu, dynamiki oraz pracę nad artykulacją i ekspresją. Inną dynamikę zaproponuj w pierwszych zdaniach narracji, a inną w dialogu między bohaterami.
Daj z siebie to, co możesz, aby słuchało się Ciebie z ciekawością, co będzie dalej…


[Tekst Janusza Osęki wydany w zbiorku „Ucho Żyrafy” w 1958 r. znaleziony w szafie ze starymi książkami].

„Jechałem z wizytą na Bielany. Było późno, więc postanowiłem wziąć taksówkę. Po półgodzinnym oczekiwaniu zobaczyłem wreszcie nadjeżdżający wóz i pobiegłem w jego kierunku. Niestety. Kiedy otworzyłem drzwiczki, spostrzegłem naprzeciw siebie szpakowatego pana o dystyngowanym wyglądzie, który wchodził przez drzwi z drugiej strony samochodu. Wymiana zdań, która nastąpiła pomiędzy nami, była błyskawiczna:

– To ja zająłem taksówkę!

– Przecież widzi pan, że ja!

– Proszę wyjść!

– Niech pan wysiądzie!

– Jadę w ważnej sprawie na lotnisko!

– Jadę na pogrzeb żony ministra!

– Szybko wychodzić!

– Jak pan śmie?!

– Wyłazisz czy nie?

– Ty sam fruwaj!

– Niech nie widzę tutaj dłużej twojej mordy!

– Mordę ma krowa i ty, głupi chamie!

– Jestem chory na nerwy i mogę ci roztrzaskać czaszkę!

– Żebym ci tylko nóg nie powyrywał z…

– Milcz, idioto!

– Odwal się, bałwanie!

– Łachudro!

Po tej krótkiej rozmowie wyciągnąłem prawe ramię i zaciskając zęby z wysiłku, zacząłem wypychać dystyngowanego pana z taksówki. Po chwili znalazł się na zewnątrz, jednakże zdążył dać mi tak mocnego kuksańca w bok, że z jękiem zwaliłem się na poduszki samochodu. Wyszeptałem adres. Pojechaliśmy. Przez okno zobaczyłem, jak szpakowaty dopada innej taksówki.

Wkrótce byłem na miejscu. Wysiadłem, zapłaciłem. I już witałem się ze znajomymi.

Minęła może minuta, kiedy wszedł następny gość. Był nim szpakowaty mężczyzna o dystyngowanym wyglądzie, którego miałem okazję poznać niedawno. Pani domu przedstawiła nas:

– Pan K., nasz sławny dyplomata…

– Pan Z., profesor akademii.

Skłoniliśmy się sobie z uprzejmym uśmiechem.

Wydał mi się nawet miłym człowiekiem. Łagodne spojrzenie szarych oczu, wysokie, inteligentne czoło, subtelny dowcip. Bądź co bądź profesor akademii…

Postanowiłem tylko szukając taksówki w drodze powrotnej unikać powtórnego spotkania, ponieważ czułem jeszcze ból w boku. Profesor miał rękę jak tragarz”.


Które słowa pachną dla Ciebie formaliną, a które wciąż można w Twoim środowisku usłyszeć?

Przewijanie do góry