Co z autentycznością?

Czy należy w życiu udawać? Co z autentycznością przy zabieraniu głosu?
To pytanie pada często – bardziej jako zarzut – na prowadzonych przeze mnie warsztatach.

Bo czy w innym, niż dotychczasowym, stylu mowy nadal jesteśmy my? Czy jeśli próbujemy nowych technik mowy, to jesteśmy wciąż autentyczni?

A czy jesteśmy autentyczni koloryzując włosy, podnosząc biustonoszami typu push-up piersi, przeciągając samoopalaczem po ciele?

Czy jesteśmy autentyczni, gdy na trudne pytanie robimy sprytny unik, czy do złej gry robimy dobrą minę?

Udajemy w wielu sytuacjach życiowych. Ale to nadal jesteśmy my, bo to udawanie jest podyktowane naszymi wyborami.

Uważam, że udawanie staje się dopiero groźne, gdy wykracza poza nasze wartości i czyni komuś źle. Ale w innych przypadkach jest nowym doświadczeniem?, odkrywaniem siebie?, poszerzaniem swojej strefy komfortu?, czasem próbą dania szansy sobie-nowemu?

Wystąpienia publiczne czy zabieranie publicznie głosu obfituje w niewygodne sytuacje. W nich chcemy się czuć lepiej, wyglądać atrakcyjniej i brzmieć swobodniej. To ludzkie. To rozwojowe. To budujące – wciąż nam się przecież chce, wciąż nam zależy.

Jeśli ćwiczę z kimś – przykładowo – wolniejsze tempo mowy (bo słowa z niego wylatują jak z karabinu maszynowego), to nie chcę, by czuł się jak małpa na drucie. Chcę, aby poczuł, że może. W drugim etapie chcę, aby dał sobie szansę na zrozumienie, że tym samym poszerza swój zakres umiejętności, więc zwiększa tym możliwości dokonywania wyboru. W trzecim etapie chcę, aby odczuł, jaki ma to sens dla jego samopoczucia i dla jego wizerunku. W czwartym chcę, aby dał temu szansę w codzienności i zaczął stosować to częściej. Piąty etap to ucieleśnienie – coś weszło w nawyk / coś jest pod ręką / coś można użyć na zawołanie. Bingo!

Czy należy w życiu udawać? Zapytana o to, odpowiedziałaby: „Tak, tak. Koniecznie. Kogo? Kogoś innego? Nie, w żadnym wypadku. Nikogo innego nie udawać, brr, ohyda. Więc kogo, do licha? Jak to kogo? Siebie. Co, siebie udawać? A właśnie, że tak. Udawać siebie”.
[fragment z książki „Potargana w miłości – o Agnieszce Osieckiej” Uli Ryciak].

Ok, ok…
czasem używam wobec klienta sformułowania: „Przyaktorz!”, co sugeruje coś 'nie do końca prawdziwie mojego’, ale ma to na celu nakłonienie do czegoś, co dla klienta jest wstydliwe, uznane za niewłaściwe, zablokowane czy głęboko zakopane.

Ściskawszy,
Małgorzata MARGO Komońska 
 
Przewijanie do góry

A oto książka,
w której zawarłam
101 wskazówek,
dotyczących
wystąpień publicznych.

Sądzisz, że zabieranie głosu
publicznie jest nie dla Ciebie?

Zmagasz się z tremą?
Nie wiesz, od czego zacząć
pracę nad wystąpieniem?

Sięgnij po moją książkę.
W krótkiej i przyjemnej formie wesprę Twoje wysiłki praktycznymi  podpowiedziami.